|
Zjednoczenie Stanów.
|
| Autor |
Wiadomość |
Han27
Uznany
  
Liczba postów: 310
Dołączył: 25.09.2009
Reputacja: 2
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Diana potaknęła skinieniem głowy. Wydawało się, że nad czymś rozmyślała. Zapaliła motor, który zaczął miarowo pomrukiwać w takt pracy silnika. Indianin zobaczył Cartera wychodzącego z knajpy. O'Donell wypełzł wściekły szturchając go barkiem kiedy go mijał. Obrócił się na pięcie i wycelował palec w stronę Roberta.
-Na miłość boską, ich nie obchodzi, że nie uznajesz kast. Naślą na nas ludzi, zabójców - o wiele sprytniejszych niż te Twoje maszyny. To - popukał się w głowę -nadal jest najlepszym komputerem. Wydaje się, że o tym zapominasz. Przeklęty idiota. Co z tego, że taki człowiek mógł przysporzyć nam wielu sojuszników i pomóc w spełnieniu naszego zadania. Yerb nawet jak blefował to robił to dobrze. Ja nie wiem co ty sobie wtedy myślałeś. - Kopnął jakiś kamień z wyrzutem. -No co?! Co sobie myślałeś?! - Na pomoc zabójcy maszyn przyszła kobieta z Posterunku.
-Chyba przeceniasz tego całego mafioza... - Zaczęła ostrożnie pojednawczym tonem.
-Przeceniam?! - Frank się opluł. -Dobrze, dobrze - w porządku. Ale uwierz mi. On potrafił by zdziałać więcej niż wasze partyzanckie "wojska" - Cudzysłów zaznaczył palcami. Diana chłodno spojrzała mu w oczy.
-Nie przeginaj. Posterunek to największy sojusznik Nowego...
-Sojusznik srusznik. - Przerwał jej ostro. -Jak już się z nami spotykacie to w jakiś zapomnianych przez Boga dziurach, a jak prosimy o wsparcie to ta cała wasza rada debatuje trzy tygodnie. Już przeklęci lordowie z Federacji działają szybciej. Nie dziwi Cię, że Colins zwrócił się do nich z propozycją budowy torów? - Sarkastyczny ton nie był na pewno miły.
-Wasz prezydent robi to co chce. Nie ma nad nami zwierzchnictwa. Ale jeżeli wszyscy myślą tak jak ty rada poczyni pewne kroki. - Frank machnął niedbale ręką.
-Śmiało. Poradzimy sobie bez was. - Dyskusje przerwał przyjazd, na plac knajpy, konia. Dosiadający go wysoki mężczyzna miał gęstą czarną brodę i tego samego koloru włosy. Na głowie ciasno naciśnięty kowbojski kapelusz, a na plecach popularną dwururkę. Bez słowa zsiadł ze zwierzęcia i wszedł do przybytku. Nie wydawał się być zainteresowany sprzeczką dwójki ludzi.
|
|
| 03.03.2010 21:02 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Robert zacisnął zęby i dłonie. Zdawało się, że ma już dość słuchania czegokolwiek, choćby kawału wypowiedzianego przez komisarza. W pewnej chwili wybuchł. Podbiegł i złapał go za fraki:
- Zamknij się, sk****synu!- syknął, po czym od razu rzucił go najmocniej, jak potrafił. Nie zwracał zbytnio uwagi na prowizorycznego kowboja i nie interesowała go rozmowa z nim. Miał w nosie jego historię, jego cele, umiejętności i motywacje. Słowem: olał go totalnie.
- Boisz się, rozumiem... "Chyba rozumiem."- dopowiedział sobie w myślach. - Ale na litość boską, stul pysk i nie szukaj kolejnych problemów. Na Ciebie zabójców nie naślą.
Odetchnął, zaczął chodzić to w jedną, to drugą stronę. Przykrył twarz dłońmi, by po chwili podejść do pustego samochodu i oczekiwać na wyjazd.
"Z konsekwencjami zmierzę się ja." W jednym momencie jego twarz zmarniała, wyglądała jak facjata górnika po dwunastogodzinnej robocie.
- Jedziemy?- zapytał reszty.
|
|
| 03.03.2010 21:55 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Robert był zadowolony z wygody jazdy nie tylko dlatego, że nic nie gniotło go w dupsko, ale także dlatego, że samochód dobrze się prowadzi i nie ma żadnych większych problemów. Nie rozmyślał za dużo, skupiał się na jeździe. Co jakiś czas jedynie lekko oglądał się na boczne szyby i przyglądał przykremu i zarazem obrzydliwemu widokowi ludzkich kości. Przygnębienie udzielało się również i jemu. Zdał sobie sprawę ze swojego braku doświadczenia, przypomniał sobie, jak załatwił samochód nieznajomych. Nieznajomych, którzy okazali się kimś w tym popieprzonym świecie znaczącym. Tyle tylko, że Carterowi nigdy nie robiło różnicy, czy rozmawia z prezydentem, czy zaćpanym żulem. Wychodził wręcz z założenia, jakoby ludzie przewodniczący zawsze nadużywali władzy. Zawsze. Fakt, cyniczne spostrzeżenie, ale jakże prawdziwe...
"Parodia."- skwitował krótką myślą na temat obecnego stanu kraju. Organizacja jest potrzebna, to logiczne, lecz jaki sens ma podział kast, skoro jak to twierdzą pseudo- bohaterowie "liczy się każda para rąk mogąca zrobić coś pożytecznego dla świata"? Koliduje to z założeniem mieszkańców rodzinnej wioski Roberta. Nie miało to dla niego jednak większego znaczenia, gdyż za mało żył, by móc poznać prawdziwą istotę tych słów, za mało rozumiał. Sunął przed siebie przypomniawszy sobie, iż obciążony jest zadaniem rangi najwyższej, która może, ale nie musi, wszystko zmienić.
"Kto by pomyślał, O'Donnell zna takich ludzi..."- wspominał spotkanie z mafijskimi makaroniarzami. Do tej pory był pewien, że taki świętoszek do czynienia miał jedynie z kilkoma ćpunami lub innymi policjantami z Nowego Jorku. Może jednak faktycznie, chociaż dzięki znajomościom, na coś się przyda...
Teraz jednak liczy się to, by po prostu dojechać do Federacji Appalachów, a w tym nie pomogą ani znajomości, ani umiejętności informatyczne. Zwolnił nieco, by oszczędzić nie pierwszej młodości już silnik i olewając wewnętrzne wątpliwości jechał dalej.
|
|
| 20.03.2010 20:36 |
|
Han27
Uznany
  
Liczba postów: 310
Dołączył: 25.09.2009
Reputacja: 2
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Diana skręciła gładko w lewą odnogę starej międzystanowej i dodała trochę gazu kiedy mijali skupisko podejrzanie wyglądających ludzi. Kiedy ich mijali okazało się, że nie są to ludzi, a jakieś bezmózgie stwory Molocha. Skóra odpadała płatami od na wpół zgniłego ciała. Gałki oczne dyndały na nerwach, a zamiast palców stwory miały jakieś szczypce. Kobieta pędząca na motorze pomachała kciukiem w lewą stronę i skręciła. Kolumna posłusznie skręciła za nią i tylko dzięki temu uniknęła zderzenia z zawalonym hotelem, który leżał w całej swej rozciągłości na drodze. Wjechali z powrotem na asfalt.
O'Donell pociągnął nosem i wlepił wzrok w lusterko obserwując czy ktoś za nimi nie jedzie. W łaziku było CB radio, pstryknął więc przełącznik i okazało się, że Carter ma takie samo urządzenie w swoim wozie. Złapali się na jednym kanale i spokojnie słyszeli to co drugi miał do powiedzenia.
-Wplątałem się w dość ciekawą intrygę, jeśli mam być szczery. - Frank odezwał się po chwili milczenia. Trzymał przy ustach "gruchę" by Robert słyszał to co mówi. -Zaczęło się jakieś dwanaście lat temu. Wtedy byłem jeszcze młody i gniewny. Pewien, że podbiję świat i pokonam wszystkich, którzy mi się sprzeciwią. Miałem kolegę. Podróżowaliśmy wszędzie, wspieraliśmy się, razem piliśmy i chodziliśmy na kobiety. Obydwoje wychowaliśmy się na śmietniku, porzuceni w wojennej zawierusze. Nie było to łatwe dzieciństwo. - Urwał na chwilę. -Ale kto teraz takie ma?
-Zawitaliśmy do Vegas. Vegas to cudowne miasto. Kolorowe, piękne, wspaniała. Lepsze niż szary Nowy York. Poznałem tam dziewczynę. Była piękna i młoda. Lepsza niż wszystkie jakie w życiu widziałem. Zakochałem się. Ożeniłem się z nią. Okazało się, że jej ojciec to jeden z mafiozów. Wszedłem do Rodziny. - Zasępił się na kilka minut. -Nie chciałem zwracać uwagi na ich interesy. Zajmowałem się tylko nią. O nią dbałem. Nie martwiliśmy się o nic. Rodzina fundowała wszystko. Mój kolega zniknął, wyjechał. Nie pojechałem za nim. Moja żona miała brata. Brata o imieniu Angelo. Tego samego, którego widzieliśmy w barze. Bałem się go...? Tak, bałem się. Dlaczego? - Zaśmiał się smutno.
-Rodzina Corrado nienawidzi narkotyków. Zajmuje się produkcją alkoholu, hazardem, sponsorowaniem wypraw w nieznane regiony. Ale nie narkotykami. Więc chyba zrozumiałe jest, że kiedy dowiedzieli się, że ich córka jest ćpunką poczuli się co najmniej zdradzeni. Zabrali mnie na przesłuchanie. Nie bili, nie torturowali. Po prostu siedziałem w bogato zdobionym gabinecie i słuchałem jak Ojciec Rodziny wyraża swój żal, że do czegoś takiego doszło. Załamałem się wtedy. Byłem pewien, że nie dożyje jutra. Ale, ku mojemu zdumieniu, wypuścili mnie. Poprosili bym zapomniał o żonie i opuścił miasto. - Popatrzył ponownie w lusterko.
-Błąkałem się. Pełzłem przez te straszne Stany i wszędzie gdzie się zjawiałem ludzie się mnie bali. Nie dlatego, że wyglądałem jak najgorszy mutant. Przyległo do mnie nazwisko Corrado. I wtedy pojąłem jak wielka jest ta struktura mafijna. Miami, Detroit, Federacja - gdzie się nie zjawiłem wszędzie traktowano mnie z lękiem i nigdzie nie potrafiłem poczuć się jak w domu. Było tylko jedno miejsce gdzie mogłem uciec i być pewien, że nie jestem napiętnowany. Nowy York. - Zaschło mu w gardle, więc przerwał na chwilę i przepłukał wodą usta. Butelkę schował z powrotem do kieszeni.
-Kiedy dotarłem do miasta. - Podjął dalej opowieść. -Zostałem przyjęty z otwartymi ramionami. Okazało się, że mój dawny kolega to kuzyn Prezydenta, więc stałem się honorowym mieszkańcem miasta. Szybko przyswoiłem sobie wojskowy dryg. Nareszcie mieszkałem w jednym miejscu i nikt nie patrzył na mnie przez pryzmat mojej byłej żony. Do tej pory nie wiem, czy ona żyje, czy ją zabili. - Przerwał zagryzając wargę. -Ale ojciec chyba nie zabiłby własnego dziecka.
-Okazało się, że Nowy York zasłużył na swoją sławę. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak mocno kontrolujemy to co się dzieje w kraju. Siatki szpiegowskie, powiązane siecią łączności bunkry w całym kraju, znaleźliśmy nawet tajne bazy i kompleksy CIA! Okazało się, że wiele funkcjonariuszy nadal żyje. Ostało się wiele map i zapisków. Broni i techniki. Naprawdę. Jest jeszcze jakaś szansa na przyszłość. Niestety Ameryka jest zdruzgotana i trochę to potrwa zanim wszystko stanie na nogi.
-Corrado są potężniejsi niż myślałem. W Nowym Yorku też spotkałem ich wysłanników. Są w ścisłej współpracy z Rządem. Prezydent potrzebuje takich ludzi jako informatorów, a oni są praktycznie wszędzie. Jeśli mam być szczery. - Wlepił wzrok w szybę. -Mafia może uratować nam wszystkim tyłki. Ironia, prawda? - Zakończył swoją opowieść i odłożył mikrofon. Westchnął głośno i ponownie się napił.
|
|
| 20.03.2010 21:13 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Mężczyzna nie mógł wyjść z podziwu patrząc na ludzi- maszyny. Dawno takich nie widział, zapomniał, jak okrutny jest to widok. Ciało ludzkie dla Molocha stanowi jeszcze zagadkę i nadal wiele tajemnic przed nimi, ale to, co robią już teraz, pozwala mieć obawy.
Z początku Carter totalnie nie interesował się wypowiadanymi przez komisarza słowami, chłonął je tylko dlatego, że musiał. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie można "tego ustrojstwa" wyciszyć. Mówiąc któreś zdanie z rzędu po dziesiątym miał ochotę po prostu pozbawić działania urządzenia z pomocą przemocy, nie chciał jednak komplikować sobie jazdy. Później, z braku laku wsłuchał się w żale Franka. Zaskoczyła go tak barwna i rozległa historia, którą nota- bene mógł wymyślić na poczekaniu...
"O'Donnell mógłby wymyślić taką historię? To na jego możliwości raczej niemożliwe. I w ogóle po cholerę miałby zmyślać? Skretyniały idiota, pie***ony tchórz. Nawet go nie torturowali, nie pokazywali mu żadnych brutalnych, traumatycznych scen, a on mimo to jest przerażony?"
Po zakończonym wykładzie pełen mieszanych uczuć (prócz jednego pewnego: braku szacunku do komisarza) sięgnął po "gruchę", uruchomił ją i zaczął mówić:
- I ty, mimo że nie wyrządzili Ci żadnej krzywdy, boisz się ich niczym ognia? O losie! Wnioskując z twojej światłej, pseudo- wzruszającej przemowy to są zwykłe jełopy, chlejące i produkujące wódę!- wykrzykiwał.- Ile ty masz człowieku lat?! Ty pie***ona cioto! Jeżeli to, co powiedziałeś, jest prawdą, to jesteś chłopie totalnym panikarzem...na Boga, co z Ciebie za policjant?- gadał przez CB licząc, że wszystko działa w porządku oraz że jego słowa doszły do pojazdu za nim.
Odetchnął. Wyrzucił z siebie nieco negatywnych emocji, odłożył urządzenie na swoje miejsce i jechał dalej. Zaczął od niedawna czuć pewien dyskomfort, gdyż nie wyspał się w nocy tak, jakby sobie tego zażyczył, toteż zaczęło go dopadać lekkie zmęczenie. Powieki zrobiły się troszeczkę cięższe. Zaczął intensywnie mrugać i przecierać oczy. Nie był to jeszcze stan totalnego zmęczenia, wręcz przeciwnie, mógł cały czas bez większych problemów prowadzić samochód. Nie czuł potrzeby informowania o czymkolwiek towarzyszy.
|
|
| 20.03.2010 21:59 |
|
|
|