|
Komisariat.
|
| Autor |
Wiadomość |
Han27
Uznany
  
Liczba postów: 310
Dołączył: 25.09.2009
Reputacja: 2
|
RE: Komisariat.
Jedyna osoba obecna w pomieszczeniu akurat grzebał w jakimś biurku kiedy do jej uszu dobiegł głos. Poderwała wzrok i spojrzała w stronę Indianina. Mężczyzna uśmiechnął się.
- To ja. I owszem, chciałem się z Tobą widzieć. Jak mam się do Ciebie zwracać? - światło w pomieszczeniu było bardzo mocne i jaskrawe, toteż szaman mógł dostrzec wszystkie jego szczegóły. Komisariat wyglądał jakby maszyny wyskoczyły z szafy i zaczęły rzeź. Na podłogach leżały trupy kilku policjantów, przy wejściu prawie potknął się o trzy inne trupy, ale to były akurat zwłoki jakiś tubylców. Bardziej wyglądali jak jacyś więźniowie, ale kto to tam wie. Bądź co bądź, jeden z nich miał głowę rozoraną pociskiem, pozostała dwójka była nafaszerowana ołowiem jak indyk na Święto Dziękczynienia. O'Donell wydawał się nie przejmować tym faktem. Podszedł do Yerba uśmiechając się szarmancko. Był zmęczony, wyczerpany, ale zadowolony. Właśnie miał się odezwać kiedy do komisariatu wbiegła jeszcze jedna osoba. Hal Emmerich ciężko nabierając powietrze wtoczył się do środka. Garnitur miał poplamiony krwią i praktycznie czarny od dymu i sadzy, a twarz ubrudzoną błotem, wydawał się jednak mimo wszystko szczęśliwy.
- Och to pan. - blady uśmiech pojawił się na twarzy Hala kiedy zauważył Indianina. - Mogę tu chwile odsapnąć panie władzo? - padło pytanie w kierunku komisarza O'Donella. Ten w milczeniu pokiwał głową. Policjant ponownie zwrócił twarz w kierunku Yerba.
- Myślę, że prócz podziękowania i szacunku jakim na pewno powinienem Cię obdarować zasługujesz na coś jeszcze. Niestety cierpimy na dość duże stężenie bohaterów ostatnimi czasy i, nie będę kłamał, nie mam za wiele do zaoferowania. Pewnie jesteś zmęczony więc jeśli chcesz możesz spokojnie przespać się w wolnym pokoju na górze. Wielu moich ludzi już pewnie do nich nigdy nie wróci, bo, krótko mówiąc, nie żyją. - nie wydawał się zbytnio przejmować tym faktem. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zawahał się, mruknął pod nosem "Dobranoc" i począł wydawać predyspozycje przez krótkofalówkę na ramieniu.
[off]O'Donell to szanowana osoba w mieście, więc jego szacunek to szacunek "sprawiedliwej" części miasta. Dopisz do karty 2 Punkty Reputacji w Nowym Yorku. Nie zapomnij też o tym, że taszczysz ze sobą dwie skrzynki z amunicją i będzie to wzbudzało zainteresowanie mniej prawych osób  [/off]
|
|
| 03.02.2010 14:29 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Komisariat.
Robert nie narzekał na wystrój pomieszczenie. Toż to komisariat, nie żaden hotel. Mężczyzna przetarł dłonią twarz, westchnął i ściągnął z siebie kurtkę. Zmęczenie i głód dały do zrozumienia, że owa kurtka była nie małym brzemieniem. Zanim rzucił ciuch pod łóżko, wyciągnął jedną porcję swojego lekarstwa, po czym ją zażył. Carter miał niepohamowaną ochotę już odpocząć, lecz zanim to zrobił, sprawdził, czy Diana na pewno śpi. Patrzył na jej twarz, słuchał jej oddechu...
"Czy ty czegoś chcesz?"- zaczął zastanawiać się "mały bohater" Nowego Jorku.- "Coś kombinujesz, bez powodu byś tu nie przyszła."
Mężczyzna przybrał spokojny wyraz twarzy. Był na tyle chłodny i bez emocji, że można by pomyśleć, iż jest trupem. Normalnie byłoby mu wszystko jedno, ale nie pozwolił i nie chciał z jakiegoś powodu umrzeć niczego nieświadomy w łóżku, toteż położył się jedynie, opierając kark o zagłówek.
|
|
| 03.02.2010 17:58 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Komisariat.
Na objęcie ze strony kobiety nie wiedział jak powinien zareagować. Wiedział jedno- lepiej jej nie budzić. Nie przejmował się za bardzo głosami walki i bełkotami ludzi dochodzącymi z zewnątrz. Zanim zasnął, przez kilka minut zastanawiał się, jak to jest żyć w kraju, w którym nie ma tak wielkiego zagrożenia. Chciałby doświadczyć prawdziwej radości, oddechu powietrza czystego, przemierzania zakątków Stanów i świata wzdłuż i wszerz. Owszem, pomimo swojej obojętności Robert miał marzenia, miał uczucia. Rzadko sam sobie o tym przypominał, nie było na to czasu. Najpierw dzieciństwo, a potem- sru!- ginie kilkanaście osób w rodzinnym miasteczku, przybywa Zabójca Maszyn werbujący nowe, utalentowane postacie zdolne do powstrzymania istnej plagi ustrojstw. Wtedy nieświadomy Carter sam nie wiedział kim będzie.
Szkolenie.
Nie było miejsca na uczucia. Uczono go polowania i beznamiętności. Ludzie giną, owszem. Niejednokrotnie się o tym przekonał, ale nie mógł zdzierżyć, patrzeć, jak wrogowie bez emocji zabijają rodaka. Tak samo uczono jego, zabijać i żyć bez emocji. To eliminowało z życia błędy. Ale od pewnego czasu się zmienił, podróżując już bez nauczyciela Gordona. To nie jest takie łatwe tym bardziej, że po przyspieszonym kursie nie miał czasu na prawdziwe szkolenie.
Tak pogłębiając się we wspomnieniach, mężczyzna zasnął.
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.02.2010 21:11 przez PabloZ.)
|
|
| 03.02.2010 18:39 |
|
Han27
Uznany
  
Liczba postów: 310
Dołączył: 25.09.2009
Reputacja: 2
|
RE: Komisariat.
Obydwoje mężczyźni spali jak zabici. Nic ich w nocy nie obudziło. Budząc się w swoich pokojach byli zupełnie sami. Każdy z nich usłyszał jak na dole wyraźnie ktoś szura i kilkanaście głosów żywo o czymś dyskutuje. Do obydwóch drzwi ktoś zapukał w jednakowym momencie i poprosił ich o zejście na dół. Zarówno Yerb jak i Robert obszukał się i z ulgą stwierdził, że wszystko ma na sobie. Na dół zeszli obok siebie, jednakże widzieli się przecież pierwszy raz więc ciężko by darzyli się jakimkolwiek zainteresowaniem. Carter mógł być tylko zaskoczony bo obok niego schodził Indianin z krwi i kości, a ich rzadko widuje się w miastach.
Rzeczywiście na dole było kilkoro ludzi. Wśród nich stała Diana, komisarz Frank, Hal Emmerich, a także trzech innych funkcjonariuszy policji oraz niski, jajogłowy mężczyzna w źle skrojonym szarym garniturze. O'Donell widząc, że Yerb i Robert już zeszli uśmiechnął się do obydwu promiennie.
-A oto i nasi bohaterowie. Panowie, to pan vice-prezydent - wskazał dłonią na jajogłowego, a ten chłodno odburknął coś na kształt przywitania. Chrząknął po tym i zebrał się na odpowiedź.
-Jakkolwiek wasza pomoc okazał się nieoceniona zagrożenie nie zniknęło. Wręcz narosło. Nie będę bawił się w podchody. Moloch zbiera siły na północ od miasta. Nie wiemy kiedy uderzy, ale wiemy, że potrzebujemy pomocy. I potrzebujemy jakiś mało znanych osób, które upomniały by się o pomoc. Nie będę kłamał, musicie nam pomóc. - vice-prezydent podszedł bliżej Cartera i czerwonoskórego. Obejrzał ich dokładnie od stóp do głów.
-Żeby utrzymać miasto będziemy potrzebowali pomocy wszystkich od których tą pomoc będziemy mogli uzyskać. Federacja Appalachów już dawno podpisała z nami umowę o wspieranie militarne. Posterunek to nasz kolejny oczywisty sojusznik. Od nich też trzeba będzie uzyskać pomoc. Detroit, Vegas, Texas, Hegemonia, Miami, Indianie, Salt Lake City, ludzie z nad Missisipi - od nich wszystkich będziemy potrzebowali wsparcia. - skończył wyliczać na palcach blado się uśmiechając.
-Wiem, że brzmi to jak szaleństwo, ale jeśli nie uzyskamy od nich wsparcia zginiemy, a jeśli upadnie Nowy York... wątpię żeby Stany utrzymały się dłużej niż tydzień. Proszę Was o wiele. Musicie jechać do każdego z tych miast i nakłonić ludności do zbrojnej pomocy. Wiem, że sami byście sobie nie poradzili, dlatego komisarz O'Donell bardzo chętnie będzie Wam towarzyszył. - Frnak potaknął ochoczo głową -Myślicie pewnie co otrzymacie w zamian. Jeśli wywiążecie się z zadania otrzymacie dożywotnie wynagrodzenie oraz zapewnienie bezpiecznego bytu do końca życia. Nowy York zapewni wam wszystko - tylko musi jeszcze istnieć. Panowie... - westchnął słabo -Potrzebujemy was jak cholera. Nie możemy załatwić tego drogą oficjalną, przez kurierów. Nie może o tym wiedzieć za dużo ludzi. Moloch porywa ludzi i czyta im w mózgach jak w otwartej księdze. Jeśli dowie się, że zbieramy siły uderzy ze zdwojoną siłą. Jeśli jednak uda wam się przeżyć mamy szanse na zadanie mu ciosu i udowodnieniu całemu krajowi, że jeszcze jest dla nas nadzieja. - zamilkł patrząc tempo w podłogę -Jeśli obchodzą was narodowościowe bzdety wiedźcie, że będziemy o was uczycie nasze dzieci. Jeśli na prawdę wam się uda to będzie cud. Podejmiecie się tego zadania? - wszystkie pary oczu obecnych w pokoju zwróciły się w kierunku Yerba i Roberta.
|
|
| 05.02.2010 17:45 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Komisariat.
Robert opuścił głowę i pierwotnie wychodził z założenia, iż podróż jest bezcelowa. Koczowanie po całych Stanach w celu uzyskania sojusznika jest misją samobójczą. Stał i myślał, co odpowiedzieć...
"Texas? Oni nie pomogą, tym bardziej Hegemonia. Indianie...cholera, nie wiem, jeszcze nigdy ich nie spotkałem. Salt Lake City jest ostatnim miastem, do którego chciałbym się udać." Fakt, Carter wolałby rzucić się z helikoptera do stanu Waszyngton czy Portland.
W końcu, ogarniając sytuację, zaczął zastanawiać się, skąd do cholery ten człowiek wie o planach Molocha?
"Może wygrzebali jakieś pliki ze zniszczonych maszyn?"
Podniósł głowę, przełknął ślinę i rzekł sucho:
Będziemy się musieli przygotować.- tak, było to potwierdzenie, przystanie na prośbę. Carter zdawał sobie doskonale sprawę z faktu, iż Nowy York jest napędem Stanów. Ucieszyła go też myśl, że wreszcie będzie mógł odwiedzić Miami, do którego nieraz wybierał się w dzieciństwie.
"Ciekawe, jak bardzo zmieniło się tam życie."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2010 19:05 przez PabloZ.)
|
|
| 05.02.2010 19:03 |
|
|
|