|
Zjednoczenie Stanów.
|
| Autor |
Wiadomość |
Han27
Uznany
  
Liczba postów: 310
Dołączył: 25.09.2009
Reputacja: 2
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Diana pojechała posłusznie pierwsza, za nią łazik z załadowanym motorem, a na końcu Carter z O'Donellem. Dojechali do zajezdni, która nie prezentowała się zbytnio okazale. Ot, dyspozytornia - trzypiętrowy budynek, obdarty ze wszelkiego tynku i z powybijanymi oknami. Ziała z niego pustka i ciemność. Obok tej zacnej budowli stało kilkanaście wagonów na zużytych torach, które porosły już różnymi krzewami. Wagony były ze sobą pospawane, a także połączone wszelkimi metalowymi blachami i prętami tak, by dało się tam jakoś mieszkać. Kobieta zatrzymała "konwój". Zsiadła z motoru, zgasiła go i podeszła do drzwi jednego z wagonów. A był to wagon pasażerki. Okna miał zabite deskami, a drzwi zabarykadowane od środka. Diana zapukała kilka razy i z wnętrza odezwał się piskliwy głosik.
-Kto tam?
-To ja. - Słychać było zgrzytnięcie i po chwili można było już wejść spokojnie do środka. Czwórka przyjaciół z przypadku wpełzła do ciasnego pomieszczenia. Cała wolna przestrzeń wypełniona była dziećmi. Te patrzyły swymi ufnymi oczami na mężczyzn i kobietę. Bały się, ale jednocześnie były ciekawe obcych i z zainteresowaniem obserwowały ich ruchy.
-Gdzie jest mama? - Jęknęła jakaś dziewczynka. Frank opanował się na tyle, żeby móc mówić.
-Mama jest chora. Pojechała na wycieczkę żeby wyzdrowieć. - W wagonie rozległy się pomruki zdziwienia pomieszanego z przerażeniem.
-A Merry? I Loren? I Olga? Gdzie one, gdzie? - O'Donell patrzył na małolaty siłą powstrzymując się od płaczu. Odetchnął głębiej. Głos mu drżał.
- Hej, dzieci. Co powiecie na wycieczkę? Chcecie się przejść? Pakujcie się. Zaraz pojedziemy. - Diana przejęła inicjatywę widząc, że gadanie komisarza prędzej doprowadzi do zbiorowej histerii niż kogokolwiek pocieszy. W wagonie zawrzało jak w ulu. Większość dzieci rozbiegła się szukając swoich rzeczy i jakiś tobołków co by móc tam się spakować. Do Indianina podszedł na oko czteroletni chłopiec. Szarpnął go za nogawkę i zadarł główkę, by móc spojrzeć mu w oczy.
-Jest pan duchem? - Niewinny głosik przeszył powietrze. Z kolei inna grupka dzieci gapiła się bezczelnie na Roberta i wytykała go palcami. Po chwili chichotały i gapiły się dalej. Jakiś odważniejszy chłopak rzucił w jego stronę.
-Byłeś niegrzeczny, że nie masz ucha?
|
|
| 14.02.2010 20:50 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Po usłyszeniu słów skierowanych do Roberta, zdał on sobie sprawę swojego kalectwa. Stwierdził, iż będzie mu potrzebna jakaś czapka, ewentualnie kilka plastrów, żeby móc usprawiedliwić się tym, że należy do jakiejś sekty.
"Zaraz ty stracisz swoje uszy."- pomyślał i niemal tego nie powiedział, ale widok żyjących w czymś takim dzieci poruszył go na tyle, by powstrzymać się przed zachwianiem sytuacji.
Kilka minut wystarczyło, by Carter mógł czuć się niemalże dobrze. Brak mu jednak było chęci do wykonywania działań. Najchętniej po prostu położyłby się gdziekolwiek i leżał tak przez kilka dobrych godzin. Namyślając się, jakby to odpowiedzieć dziecku (a wariantów było sporo, od obrazy, przez niedyskretną sugestię, po udawanie, że nic się nie stało w związku z ich opiekunkami) ostatecznie zwrócił się ku chłopcu i powoli wypowiedział następujące słowa:
- Owszem, byłem. Chociaż dostało mi się za coś, czego tak naprawdę nie zrobiłem.
O dziwo, mówił nieznanym samemu sobie tonem, uprzejmego, miłego człowieka. Miał żal, że powiedział, iż wszystko mu jedno. zapomniał o swojej światłej idei, jaką jest walka o każdego mieszkańca Stanów. Ratowanie dzieci nie było jego profesją, fakt, ale wszyscy tutaj mają jeden cel.
Po chwili zwrócił się z pytaniem do Diany, chociaż nie wiedział, czy to właściwa osoba:
- Jak my je stąd zabierzemy?
|
|
| 14.02.2010 21:10 |
|
PabloZ
Uznany
  
Liczba postów: 345
Dołączył: 26.09.2009
Reputacja: 0
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Carter nie chciał przeszkadzać w młodzieży w ogarnianiu całego wagonowego bajzlu, toteż wyszedł na zewnątrz i przyklęknął.
Poczuł pewnego rodzaju zdołowanie. Patrząc na te dzieci, żyjące z dnia na dzień, przypominał sobie siebie. Ojciec- wielki pseudo patriota ignorujący wszystko i wszystkich nie przejmujących się walką o przyszłość. Siłą rzeczy nie chciał pamiętać tego okresu. Lecz im bardziej starał się zapomnieć, tym częściej wspomnienia wracały. A wszystko takie mgliste. Już nawet nie pamiętał, jak wyglądała jego wioska. Lecz najważniejsze i tak zostało zapamiętane.
W wieku jedenastu lat był już jednak szkolony do przetrwania na pustkowiach oraz mylnego pojęcia zabijania maszyn. Przez swoje życie zabił niejednego człowieka. Ale cóż poradzić? Taka idea przetrwania. Zabij, albo będziesz zabity. Kierując się tą zasadą Robert zazwyczaj podejmował słuszne decyzje. Nie był jednak przyzwyczajony do działania w grupie.
Chociaż tutejsze starsze dzieci miały gorsze warunki do życia, to niewątpliwie praca fizyczna i poniekąd praca nad psychiką była niczym w porównaniu do jego przeżyć. A jednak, zrobiło mu się ich żal. Być może to jakieś cechy jego rodziców przeszły na niego?
"No cóż. Co zrobiłem? Muszę się zmierzyć sam ze sobą. Kiedyś."
Słysząc o autobusie ożywił się oraz zaoferował swoje doświadczenie w prowadzeniu pojazdów. Fakt, nie było ono wielkie, tym bardziej, że nigdy nie prowadził pojazdu o zbliżonych gabarytach.
- Mogę go prowadzić. Jeśli chcecie.- zwrócił się do komisarza.
"Zaraz, może lepiej jednak nie. W końcu jeszcze nie najlepiej się czuję."
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.02.2010 17:09 przez PabloZ.)
|
|
| 15.02.2010 17:01 |
|
Han27
Uznany
  
Liczba postów: 310
Dołączył: 25.09.2009
Reputacja: 2
|
RE: Zjednoczenie Stanów.
Jako, że skrzynka była drewniana, a kłódka przerdzewiała, jak wszystko w tym parszywym świecie, wystarczyło jedno uderzenie młotka, który Indianin znalazł nieopodal, by zamek ustąpił i Yerbowi ukazały się skarby ukryte w środku. A były to trzy książki. Jedyne co czerwonoskóry mógł określić to to, że mają dużo fajnych obrazków - przecież nie umiał czytać. Następnie razem z O'Donellem i Dianą wyszedł na zewnątrz, gdzie czekał na nich Robert.
-Myślę, że to się ustali później. - Odburknął Frank na propozycję Cartera. W czwórkę udali się do zajezdni, która wbrew wszystkiemu miała dwa wejścia. Kulturalne, czyli miejsce gdzie kiedyś były drzwi, oraz brutalne, czyli ogromną wyrwę w ścianie. Nauczyciela długo nie trzeba było szukać. Na środku zatęchłego pomieszczenia stała dwumetrowa klatka, która stopniowo zwężała się ku górze. Wewnątrz niej pół stał, a pół opierał się, wychudzony chłopak. Mógł mieć góra dwadzieścia lat. Jego podkrążone oczy, brudne ciało, a także około dwudniowy zarost świadczyły o tym, że raczej nie jest pupilem miejscowych. Kiedy pojawili się przed nimi "zbawcy świata" podniósł się i złapał dłoniami pręty jego więzienia. Oblizał wysuszone wargi i wlepił w nich wzrok.
-Boże, nawet nie wiecie jak się cieszę... Wypuśćcie mnie, błagam. - Widząc podejrzliwe spojrzenia skierowane w swoją stronę mocniej ścisnął pręty tak, że jego knykcie przybrały kolor kości słoniowej. -Błagam. One mnie tu uwięziły. Kazały mi uczyć dzieci. Ale ja sam nic nie potrafię. Nie chciały mi uwierzyć! Przecież ja znalazłem tylko głupie książki i chciałem je sprzedać. Ale one mnie dopadły i uznały za jakiegoś mądrale. Nie powiem, na początku udawałam, że jestem mądry i coś tam ściemniałem, ale w końcu się wydało. Proszę, wypuśćcie mnie. - Jęknął. Nie wyglądało na to żeby kłamał, ale ciężko było to osądzić.
-Jego historyjka wydaje się całkiem możliwa. - Diana podeszła bliżej klatki.
-Bo jest.... - Więzień słabo zaprotestował.
-Zamknij mordę, nie do Ciebie mówię. Jak dla mnie możemy go związać i opchnąć jakiejś osadzie. Jest młody, silny. Trochę się go podkarmi i niewolnik jak cholera. - Chłopak począł rozpaczliwi kręcić głową. Frank podrapał się po brodzie.
-Niewolnictwo jest złe i parszywe. Ale zauważyłem, że nie jesteśmy przecież w Nowym Yorku. Nie wiem, nie wiem. - Przeczesał dłoniom włosy.
|
|
| 15.02.2010 21:25 |
|
|
|