RE: Zjednoczenie Stanów.
Diana skręciła gładko w lewą odnogę starej międzystanowej i dodała trochę gazu kiedy mijali skupisko podejrzanie wyglądających ludzi. Kiedy ich mijali okazało się, że nie są to ludzi, a jakieś bezmózgie stwory Molocha. Skóra odpadała płatami od na wpół zgniłego ciała. Gałki oczne dyndały na nerwach, a zamiast palców stwory miały jakieś szczypce. Kobieta pędząca na motorze pomachała kciukiem w lewą stronę i skręciła. Kolumna posłusznie skręciła za nią i tylko dzięki temu uniknęła zderzenia z zawalonym hotelem, który leżał w całej swej rozciągłości na drodze. Wjechali z powrotem na asfalt.
O'Donell pociągnął nosem i wlepił wzrok w lusterko obserwując czy ktoś za nimi nie jedzie. W łaziku było CB radio, pstryknął więc przełącznik i okazało się, że Carter ma takie samo urządzenie w swoim wozie. Złapali się na jednym kanale i spokojnie słyszeli to co drugi miał do powiedzenia.
-Wplątałem się w dość ciekawą intrygę, jeśli mam być szczery. - Frank odezwał się po chwili milczenia. Trzymał przy ustach "gruchę" by Robert słyszał to co mówi. -Zaczęło się jakieś dwanaście lat temu. Wtedy byłem jeszcze młody i gniewny. Pewien, że podbiję świat i pokonam wszystkich, którzy mi się sprzeciwią. Miałem kolegę. Podróżowaliśmy wszędzie, wspieraliśmy się, razem piliśmy i chodziliśmy na kobiety. Obydwoje wychowaliśmy się na śmietniku, porzuceni w wojennej zawierusze. Nie było to łatwe dzieciństwo. - Urwał na chwilę. -Ale kto teraz takie ma?
-Zawitaliśmy do Vegas. Vegas to cudowne miasto. Kolorowe, piękne, wspaniała. Lepsze niż szary Nowy York. Poznałem tam dziewczynę. Była piękna i młoda. Lepsza niż wszystkie jakie w życiu widziałem. Zakochałem się. Ożeniłem się z nią. Okazało się, że jej ojciec to jeden z mafiozów. Wszedłem do Rodziny. - Zasępił się na kilka minut. -Nie chciałem zwracać uwagi na ich interesy. Zajmowałem się tylko nią. O nią dbałem. Nie martwiliśmy się o nic. Rodzina fundowała wszystko. Mój kolega zniknął, wyjechał. Nie pojechałem za nim. Moja żona miała brata. Brata o imieniu Angelo. Tego samego, którego widzieliśmy w barze. Bałem się go...? Tak, bałem się. Dlaczego? - Zaśmiał się smutno.
-Rodzina Corrado nienawidzi narkotyków. Zajmuje się produkcją alkoholu, hazardem, sponsorowaniem wypraw w nieznane regiony. Ale nie narkotykami. Więc chyba zrozumiałe jest, że kiedy dowiedzieli się, że ich córka jest ćpunką poczuli się co najmniej zdradzeni. Zabrali mnie na przesłuchanie. Nie bili, nie torturowali. Po prostu siedziałem w bogato zdobionym gabinecie i słuchałem jak Ojciec Rodziny wyraża swój żal, że do czegoś takiego doszło. Załamałem się wtedy. Byłem pewien, że nie dożyje jutra. Ale, ku mojemu zdumieniu, wypuścili mnie. Poprosili bym zapomniał o żonie i opuścił miasto. - Popatrzył ponownie w lusterko.
-Błąkałem się. Pełzłem przez te straszne Stany i wszędzie gdzie się zjawiałem ludzie się mnie bali. Nie dlatego, że wyglądałem jak najgorszy mutant. Przyległo do mnie nazwisko Corrado. I wtedy pojąłem jak wielka jest ta struktura mafijna. Miami, Detroit, Federacja - gdzie się nie zjawiłem wszędzie traktowano mnie z lękiem i nigdzie nie potrafiłem poczuć się jak w domu. Było tylko jedno miejsce gdzie mogłem uciec i być pewien, że nie jestem napiętnowany. Nowy York. - Zaschło mu w gardle, więc przerwał na chwilę i przepłukał wodą usta. Butelkę schował z powrotem do kieszeni.
-Kiedy dotarłem do miasta. - Podjął dalej opowieść. -Zostałem przyjęty z otwartymi ramionami. Okazało się, że mój dawny kolega to kuzyn Prezydenta, więc stałem się honorowym mieszkańcem miasta. Szybko przyswoiłem sobie wojskowy dryg. Nareszcie mieszkałem w jednym miejscu i nikt nie patrzył na mnie przez pryzmat mojej byłej żony. Do tej pory nie wiem, czy ona żyje, czy ją zabili. - Przerwał zagryzając wargę. -Ale ojciec chyba nie zabiłby własnego dziecka.
-Okazało się, że Nowy York zasłużył na swoją sławę. Nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić jak mocno kontrolujemy to co się dzieje w kraju. Siatki szpiegowskie, powiązane siecią łączności bunkry w całym kraju, znaleźliśmy nawet tajne bazy i kompleksy CIA! Okazało się, że wiele funkcjonariuszy nadal żyje. Ostało się wiele map i zapisków. Broni i techniki. Naprawdę. Jest jeszcze jakaś szansa na przyszłość. Niestety Ameryka jest zdruzgotana i trochę to potrwa zanim wszystko stanie na nogi.
-Corrado są potężniejsi niż myślałem. W Nowym Yorku też spotkałem ich wysłanników. Są w ścisłej współpracy z Rządem. Prezydent potrzebuje takich ludzi jako informatorów, a oni są praktycznie wszędzie. Jeśli mam być szczery. - Wlepił wzrok w szybę. -Mafia może uratować nam wszystkim tyłki. Ironia, prawda? - Zakończył swoją opowieść i odłożył mikrofon. Westchnął głośno i ponownie się napił.